• mandrivnyk

Beskid Niski | Beskid Absolutnie Rowerowy

Bezsprzecznie numer 1 wśród Beskidów Rowerowych! Nie tylko temu, że idealny na początek górskiej przygody rowerowej. Szerokie szutry same zapraszają do podróży, choć i tu nie brak ścieżek innych i męczących. Dla rozleniwionej sentymentami rowerowej duszy, spragnionej malowniczych krajobrazów okolice Krzywej to kwintesencja niskobeskidzkiego świata.

Startuję w Krzywej przy pomniku i gnam przed siebie – Krzywa i Jasionka migają szybko i zaczyna się tak lubiana przeze mnie okolica za Jasionką. Cicho, pusto, przestrzennie. I mgła. Bo dziś chmury siadły na Beskidzie, przytuliły się do niego czule, za lasem czaił się deszcz. Mgła stopniowo zacierała granicę między ziemią a niebem.

Na Czarnem rozhulałam się na całego. Czarne dziś zielone i mgliste. Potem szybki skręt do Radocyny. W dole, poniżej drogi baza namiotowa tętniła życiem (choć tym covidowym, nieoficjalnym) – śmiechy i krzyki dzieciaków niosły się po okolicy. Chwilowe życie w ciszy nieżycia dawnej wsi. Przy hotelu nadleśnictwa – odremontowanym i nijak niepodobnym do tego, co stało tu wcześniej (niechybnie pewna epoka radocyńska odeszła w minione) samochody i turyści. Nowe weekendowe życie Radocyny.

Ruiny radocyńskiej szkoły, która wciąż uczy – że wszystko przemija, że w tym świecie na próżno chyba jednak szukać jakiejkolwiek stałości. Poddaj się zmianom i ciągłemu ruchowi, tylko to pozwoli ocaleć, pozwoli być jak rzeka, co ciągle płynie. I warto o tę chwilę walczyć, by jak najpiękniejsza była. Jak walczyli ci, co szkołę stawiali – własnym wysiłkiem w początku XX w.

W Długiem za rzeką też zmiany. Nie ma już retort dyszących aromatycznym dymem wypalanego drzewa. Wypaliła się i ta historia. Plac za rzeką już nie pachnie wyduszonym w retorcie drewnem, czarne twarze smolarzy już tu nie przestraszą. I tego to będzie brak, bo ten zapach, a pamięć zapachów przepotężna jest, to się snuł za mną nieraz przez cały Beskid, przez lasy Bieszczadów. Silniej nieraz potrafił utknąć w pamięci niż krajobraz taki zapach.


Wjeżdżam w pustkę pól nad Wyszowatką. Patrzą na mnie Jezusy z przydrożnych krzyży. Figurki bez głów i trudno powiedzieć, czy straciły ją, bo okolice ku temu sposobne, czy to raczej efekt tutejszej, bynajmniej nie prostej, historii. A może już zmartwychwstały całkiem, bo niektóre krzyże puste były, tylko ciemny ślad po kamiennym Jezusie został.

Albo ci święci od pustych łąk i lasów. Patrzą nieruchomymi oczami. Czasem, gdy nasze spojrzenia się krzyżowały, można było się poczuć nieswojo. Oczy nieżywe takie, a jednocześnie życia spragnione, wyglądające obecności. Ale to to może już sobie dopowiadam, bo nie wiem, ile tak bez ruchu i życia można wytrzymać, ile lat stać można zastygniętym w kamieniu.

A pomiędzy tymi krzyżami i świętymi snuły się krowy – ostoje stoicyzmu, łąkowe filozofki. Może grzmieć, lać, walić się świat, a one będą tym swoim rytmicznym powolnym ruchem żuć trawę. Można by się tego spokoju od zwykłej krowy nauczyć.

Mijam przełęcz nad Wyszowatką, szybki zjazd na Grab i Ożenną i znów w górę. Już nie po dziurach jak po uderzeniu meteorytem, a po nowiuteńkim asfalcie. Przez Żydowskie, które też odeszło w historię, a które niezmiennie zachwyca. Wjazd tu ograniczony – asfaltowy dywan śmiga przez Magurski Park Narodowy i ogólnie przejazd tu zakazany, chyba że rowerem (a tych tu nie brak! kolarze śmigają w każdym kierunku). Ewentualnie jednorazowo samochodem – na esemesa. Wszelkie niezbędne numery wypisano na znakach przy wjeździe na trasę.

Przez to wszystko ucywilizowała mi się nieco ta część Beskidu, no ale żyć trzeba i mało kto chce mieszkać w zapuszczonym skansenie. Uciekam więc w zaświątkowski las, bo pamiętam, że przed laty przedarcie się przez Świerzową Ruską było nieco uciążliwe. Dziś przeszkadzać tu może jedynie nadmiar błota. Przez teren nieistniejącej wsi prowadzi dogodna ścieżka, idealna dla pieszych i rowerów. Przetrwałe w krzakach krzyże i podmurówki domów są pięknie opisane przystankami ścieżki przyrodniczej. Jeszcze tylko opłata za wstęp do MPN i można ruszać.

Ciekawie wyglądają te cmentarze. Ten w Świerzowej, i ten na Żydowskiem. Nieco zarośnięte, na takim to pewnie nawet ciężko zmartwychwstać. Ale tam, gdzie przekoszone, gdzie ścieżki wydeptane od krzyży i mogił, nawet płoty wokół nagrobków były rozdarte. Przez czas, czy przez tych, co wymknęli się znów do świata żywych? A może i te ścieżki między mogiłami to zmarli wydeptali, znów radzi ze spotkania, chodzili do siebie jak niegdyś po domach w odwiedziny. A może to dusze tak chodzą, gdy żywi nie patrzą, i tylko ślady na trawie zostają? Odciskam tam swój ślad i ja, taki ślad w zaświat. Ale potem uciekam z powrotem w życie.


A nad Bartnem znów dopada mnie to dziwne uczucie, że świat się jakoś zmniejszył. Balonik kuli ziemskiej wciąż wypuszcza powietrze. Jego podmuch wrzuca mnie z widokowej trasy nad wsią w las, w górę, a potem wypluwa już w Banicy. Stąd do Krzywej już dwa kroki. Można też i do Wołowca, ale to już następnym razem.


Tędy: https://mapy.cz/s/hofeleceza


0 wyświetlenia

Join our mailing list

  • Black Facebook Icon
  • Black Twitter Icon
  • Black Pinterest Icon
  • Black Flickr Icon
  • Black Instagram Icon

© 2023 by The Mountain Man. Proudly created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now